O autorce
Kategorie
Archiwum
LEŻĘ I PACHNĘ
26 maja 2010 | Brak komentarzy »Marzenie każdej matki.
Nie gotować.
Nie sprzątać.
Nie karmić.
Nie prać.
Nie myć.
Nie pracować.
Włączyć ulubiony serial.
Zacząć czytać książkę kupioną kiedyś na wyprzedaży.
Dokończyć przeglądać ten miesięcznik, co się kupiło pół miesiąca temu.
Wyspać się.
Tak. Chcę tego każdego dnia!
Marzę o tym codziennie, od 6 rano.
I pewnego dnia stało się.
Dziecko pojechało do Babci.
Mąż do pracy.
Pies solidarnie zabrał się razem z dzieckiem.
Komfort tego dnia polegał na tym, że mogłam pospać co najmniej do 8, zjeść niespiesznie śniadanie i zacząć swoją pracę.
Wstałam o 6:30.
Myjąc zęby stwierdziłam, że łazienka prosi się, aby być znów białą.
Pranie samo wędruje w stronę pralki.
A skoro ma się trochę nadwyżki czasowej….
Wszak to lepsze niż poranna gimnastyka.
Odpaliłam komputer, gotowa zabrać się do mojej zdalnej pracy, aby dowiedzieć się, że jest awaria i może dzisiaj uda się coś naprawić.
Marzenie spełniło się!
Oto dzisiaj jestem kobietą wolną.
Która zaraz pójdzie wziąć długą kąpiel.
Nasmaruję się olejkami.
Położę sobie maseczkę.
Leżąc na kanapie napiję się kawy i przegryzę tego zeschniętego rogalika, którego wszyscy omijają.
W końcu skończę czytać książkę.
Spiłuję paznokcie.
Wymoczę stopy w solach.
Na obiad zrobię dla siebie tylko zieleninę, bo w końcu trzeba zdrowo się odżywiać.
Może jeszcze poćwiczę jogę, bo w końcu spokój i równowaga to podstawa.
Tylko ta trawa w ogródku, aż się prosi o skoszenie.
Chwasty po ostatnich deszczach znowu urosły.
Taras zapomniał kiedy był ostatnio czyszczony.
W sypialni piętrzy się stos ubrań do prasowania.
No tak, bałagan na półkach w garderobie i nawet nie ma gdzie poukładać ubrań.
A jakbym zrobiła zupę dzisiaj, to jutro miałabym z głowy.
To może od razu kotlety, skoro już podeszłam do lodówki.
Paluszki wdeptane w dywan obowiązkowo trzeba odkurzyć.
W zasadzie dywan mogłabym już wyprać.
Cholera, ile tego kurzu w całym mieszkaniu.
A skoro już dzierżę szmatkę, to jeszcze żyrandole porozkręcam i wymyję.
O 19:00 wrócił mąż. Wróciło dziecko. Wrócił pies.
Akurat moczyłam sobie nogi w solach, z maseczką na twarzy, przegryzając w ramach obiadu zeschniętego rogalika, a prawą ręką uderzającą w klawisze komputera, bo w końcu awarię naprawili i musiałam coś zrobić na cito.
Boże, jak ja marzę o takim jednym dniu, kiedy będę leżeć i pachnieć.
Czytać książkę…
Oglądać seriale…
Zero gotowania…
Zero sprzątania…
Marzenia tak rzadko się spełniają.
MAMA WALCZĄCA (Z WIATRAKAMI)
18 maja 2010 | Brak komentarzy »I stało się – rocznik mojego dziecka tłumnie ruszył walczyć o miejsca w przedszkolach.
Dosłownie – walczyć.
Najpierw oczekiwanie na odpowiednie formularze i określenie kryteriów naboru.
A przegapić nie wolno, bo jeśli składanie dokumentów odbędzie się na zasadach kolejności zgłoszeń, to stracimy punkty.
Wypełnienie formularzy, w tym oświadczenia, że dziecko zamieszkuje tam gdzie powinno, że odprowadzamy składki do tego Urzędu Skarbowego, który później przekaże część z nich do „naszej” gminy.
Zaświadczenia z pracy.
Stanie w kolejce.
Pierwsze podejście i odchodzimy z kwitkiem. Okazuje się, że na zaświadczeniach brak jest adnotacji w jakich godzinach pracujemy i czy na pewno na pełen etat.
W tym roku kolejność zgłoszeń nie ma wpływu, więc nie musimy w tym samym dniu wracać z odpowiednimi zaświadczeniami z pracy.
Uff. Wszystkie perfekcyjnie przygotowane dokumenty złożone.
Kolejny czas oczekiwania, na wyniki tym razem.
Jestem dobrej myśli. Rodzice Piotrusia (nasi sąsiedzi), zanim rozpoczęła się rekrutacja już wiedzieli, że ich synek dostanie się do przedszkola. A skoro mamy bardzo podobną sytuację rodzinną, to naprawdę mogę być spokojna.
Przegraliśmy ten wyścig. Jesteśmy zbyt sprawni, mamy za mało dzieci, a mój mąż jest zbyt dobrym ojcem, który nie ma ograniczonych praw rodzicielskim, a ja z kolei nie jestem skazana i nie przebywam w więzieniu. Zgodnie z tegorocznymi kryteriami jesteśmy chyba za dobrzy do jakiegokolwiek przedszkola.
Zaczęłam się jednak baczniej przyglądać rodzicom Piotrusia.
Brak widocznej niepełnosprawności. Dziecko nadal jedno i nie widać, aby coś się powiększało. Widuję ich oboje – znaczy, żadne z nich nie zostało aresztowane.
Czym więc różni się moja Paulina od Piotrusia? Wiem, nie jestem obiektywna, w końcu chodzi o moją córkę. Ale czym?????
Przecież wśród dzieci nie ma równych i równiejszych, prawda? Wszystkie dzieci są kochane i mają takie same prawa, prawda?
W końcu po to ustalane są kryteria naboru, aby do przedszkoli w pierwszej kolejności dostały się dzieci tych rodziców, którzy naprawdę mają cięższą sytuację od naszej, prawda?
Nie prawda!
Nie od dziś wszak wiadomo, że my wyprzedziliśmy inne cywilizowane kraje. Tam jeszcze kultywują obowiązkowe wychowanie przedszkolne, nie bacząc na koszty. A my poszliśmy o krok dalej – z przedszkoli zrobiliśmy miejsca dla szczęściarzy.
Miejsca dla wybrańców, niedostępne dla wszystkich.
Mimo wszystko mieliśmy szczęście.
Okazało się, że w sąsiedniej miejscowości w przedszkolu są jeszcze wolne miejsca.
I co z tego, że jest oddalone od nas o 15 km?
I co z tego, że nie ma wypasionego placu zabaw?
I co z tego, że jest czynne do 16:30 i nie wiem jakich cudów dokonamy, żeby dojechać na czas?
Paulina weszła tam ze mną. Wydała okrzyk zachwytu. Przywitała się ze wszystkimi dziećmi.
Zachwyciła się zabawkami. Z trudem udało mi się ją stamtąd wyciągnąć. A później cały dzień mówiła, że chce wrócić do przedszkola.
Dla niej będę więc walczyć nawet z wiatrakami.
Będę codziennie pokonywać dodatkowe 30 kilometrów.
Bo może to moja wina, że nie potrafię walczyć o miejsce dla mojego dziecka.
No bo kogo innego?
BĄDŹ MATKĄ IDEALNĄ
14 maja 2010 | Brak komentarzy »Presja.
Odczułam ją niejednokrotnie odkąd zostałam Mamą.
W szpitalu nikt nie pyta, czy zamierzasz karmić piersią, zakładając odgórnie, że będziesz. Jeśli zaprotestujesz, będziesz traktowana przez personel i inne pacjentki, jako ZŁA MATKA.
Pierwsze pytanie KAŻDEJ napotkanej znajomej kobiety – Czy karmisz piersią? Pierwsze pytanie pediatry, gdy przychodzisz na zwykłe szczepienie – Czy dziecko jest karmione naturalnie?
I wieczne wyrzuty sumienia kobiet, które karmić piersią z różnych przyczyn nie mogą.
A gdy któraś otwarcie przyzna się, że z własnej woli nie ma ochoty karmić naturalnie zostanie wyklęta z grona Mam Idealnych.
A dzieci tychże Mam niemogących/niechcących karmić będą: alergikami z zerową odpornością, z nadciśnieniem tętniczym o inteligencji rybki akwariowej.
Wszak każda polska matka, musi karmić piersią, bo badania naukowe prestiżowych ośrodków z USA, UK, Szwecji, jasno wskazują na cudotwórczy wpływ pokarmu naturalnego na rozwój dziecka. I zapewne mają świętą rację! Tylko, że w tych krajach matki czy karmiące naturalnie, czy sztucznie, traktowane są dokładnie tak samo, a decyzja o sposobie karmienia jest akceptowana i niekomentowana. Zupełnie inaczej niż u nas, prawda?
W naszym społeczeństwie nie trzeba być Mamą Idealną, ale trzeba udawać, że nią się jest, aby nie narazić się na wszechobecną krytykę.
Nie możesz się przyznać, że Twoje dziecko w wieku 1,5 roku ogląda Teletubisie, wszak badania naukowe dowodzą, że i tak nie rozumie bajki, ale za to psuje sobie oczy i mózg. A fakt, że Twoje dziecko wyraża widoczne zainteresowanie migającym na ekranie obrazem i nawet śmieje się wraz z Teletubisiami, jest to widzimisie Matki, która chce mieć pół godziny spokoju. Mamo, ty już nie możesz mieć spokoju.
Otóż Mamo decydując się na dziecko przyjmujesz na siebie pełną odpowiedzialność za jego przyszłość, tak więc, jak masz zamiar pokłócić się z mężem, zamknij się w łazience i krzycz szeptem, a przy okazji bacznie obserwuj pozostawione w pokoju dziecko.
Gdy trudy życia codziennego załamią Ciebie na tyle, że niemożność odkręcenia słoika z dżemem, wywołają płacz – szlochaj w ukryciu, aby Twoje dziecko nie widziało smutku na Twojej twarzy. Przy czym oczywiście bacznie obserwuj, co robi dziecko, w momencie, gdy Ty nieprofesjonalnie pozwalasz sobie na chwilę słabości.
Pamiętaj, badania naukowe dowodzą, iż szczęśliwa i uśmiechnięta Matka, to szczęśliwe i uśmiechnięte dziecko.
Nie wolno Ci także krzyczeć na dziecko. Krzyk powoduje agresję i brak wiary w siebie. Dziecku należy tłumaczyć, tłumaczyć i jeszcze raz tłumaczyć jego naganne zachowanie. A gdy nadal nie rozumie, to jeszcze raz tłumaczyć i tłumaczyć. A gdy wciąż nie rozumie, to zapewne dlatego, że nie karmiłaś wystarczająco długo piersią. Twoja wina.
Zanim kiedykolwiek zadasz pytanie na jakimkolwiek forum, gdzie Mamy radzą innym Mamom, pamiętaj, że wchodzisz tam na własną odpowiedzialność i poważnie zastanów się, czy jesteś na tyle silna psychicznie, aby przeżyć, na podstawie napisanego przez siebie jednego wątku, pełną analizę i ocenę Ciebie, jako kobiety i matki.
A kiedy zabraknie już argumentów i słów, aby udowodnić ci, jak beznadziejna jesteś, przeczytasz, że zamiast zajmować się dzieckiem, siedzisz i piszesz pierdoły na forum.
Dokładnie tak, Mamo – Mamy Idealne jedną ręką piszą na forum, drugą pracują zawodowo, trzecią gotują obiad, czwartą sprzątają dom, piątą trzymają dziecko, szóstą karmią je. I do tego są SZCZĘŚLIWE. Nigdy nie narzekają, są zawsze uśmiechnięte, z nienagannym makijażem. Dres ubierają tylko na poranny jogging.
Mają idealne ogrody, zadbane paznokcie, włosy bez odrostów i satysfakcjonujący seks z mężem co najmniej 5 razy w tygodniu.
A jeśli zdecydujesz się być Mamą niekoniecznie Idealną…
Będziesz Mamą. Po prostu.
REFLEKSJA NAD MIJAJĄCYM CZASEM
22 marca 2010 | Brak komentarzy »Z założenia ten wątek ma być refleksyjny. Nie wiem tylko czy mi się uda.
Z perspektywy czasu wszystkie moje obawy, jak karmić, czym karmić, jak przewijać, czy to odbicie, czy chrząknięcie itp., wydają mi się zabawne.
A nie zawsze zabawnie było.
Przez pierwsze tygodnie nie rozumiałam mojej córci. Nie rozumiałam swojego ciała. Nie rozumiałam świata, który mnie otaczał, bo ograniczał się on do jednego – dziecka.
A im bardziej się starałam to wszystko pojąć i ogarnąć, tym bardziej wpadałam w rozpacz, że nie umiem, nie potrafię.
Nie mam cudownej rady dla tych mam, które czują podobnie. Które boją się tego, czego ja się bałam. Pocieszeniem niech będzie to, że w końcu mija i da się to znieść.
Pewnego dnia, budzisz się i odkrywasz, że oto właśnie nabyłaś nową umiejętność – odciąganie pokarmu ręcznym laktatorem, albo wyczuwanie, kiedy dziecko zrobiło kolejną kupkę (nos tu często zawodzi, więc reakcje dziecka się liczą).
Tak, brzmi to strasznie mało macierzyńsko i bardzo nie kobieco.
Pragnę obalić mit wiecznie trwającego cudu macierzyństwa.
Cudem jest dziecko. To, że po tak długim czasie jest w końcu z nami. A wszystko inne jest mało cudowne. Biologia, biologia, biologia.
I podziwiam kobiety, naprawdę podziwiam, które twierdzą, że narodzenie dziecka uniosło je wysoko do góry i teraz sobie bujają w obłokach macierzyńskiej szczęśliwości.
I zazdroszczę im, bo ja bujałam się, ale z dzieckiem do iluś tam specjalistów (nie, że chore, ale że trzeba sprawdzić dla spokoju ducha), do których na terminy był istny wyścig lwic-matek.
Mój luksus polegał na tym, że Paulina rozwijała się praktycznie książkowo. I chylę czoła przed wszystkimi mamami, które ten luksus ominął i które dłużej niż ja musiały kontaktować się z Polską Służbą Zdrowia.
Że wtrącę wątek osobisty – żeby nawet noworodki miały tak utrudniony dostęp do specjalistycznej opieki medycznej, jest skandalem w bądź, co bądź cywilizowanym kraju.
Chociażby więc przez to, bujanie w obłokach przez pierwsze cztery miesiące życia niejednego dziecka, jest dla ich mam czystą fikcją, albo wielkim wyrzutem sumienia, że oto zamiast cieszyć się z cudu narodzin, są zbyt sfrustrowane, aby cieszyć się czymkolwiek.
Uff. Przepraszam, miało być refleksyjnie.
Użyję może metafory – z opieką nad niemowlakiem, jest jak ze zjeżdżaniem z góry na sankach. Po prostu w pewnym momencie jest już „z górki”.
Nawiązuje się ta nić porozumienia między Tobą a dzieckiem. Wraca też nić porozumienia między Tobą a mężem. Ciało znów staje się Twoim ciałem. Wszystko się goi. Wszystko wraca do… no nie do normy, ale do pewnego rodzaju stabilizacji.
I uświadamiasz sobie, że jest dobrze. Że nie trzeba być zawsze matką idealną. Że dziecko może zjeść zupę ze słoiczka i że niekoniecznie musisz własnoręcznie utrzeć marchewkę z uprawy ekologicznej.
Nie zmienia to wszak tego, że od momentu urodzenia, jest ono dla Ciebie najważniejsze i najcudowniejsze.
Pamiętam, jak w szpitalu po urodzeniu Pauliny, leżałyśmy obie na łóżku, a ja patrzyłam na nią chyba trzy godziny zachwycając się jej urodą i każdym detalem na jej malutkiej twarzyczce. I w głowie mi się nie mogło pomieścić, że ja, prawie sama, no dobrze przy znacznym udziale tatusia, wydałam na świat takie cudo.
Pół roku później, oglądając przy jakiejś okazji zdjęcia z jej pierwszych godzin życia, zobaczyłam mała, pomarszczoną istotkę i przez myśl mi przeszło, że przesadą było fascynowanie się jej urodą przez bite 3 godziny, skoro tak naprawdę piękna to ona stała się dopiero teraz.
Jedno wiem na pewno – matczyna miłość jest ślepa. I tak być powinno. Przynajmniej na razie.
GODZINA ZERO
19 marca 2010 | Brak komentarzy »W moim przypadku „godzina zero”, nastąpiła po 30 godzinach bezsenności na oddziale patologii ciąży.
Naprawdę nie było tak źle. Bardziej od bólu, nieustającego, irytował mnie fakt, że mojej córki jeszcze z nami nie ma. I myślę, że tylko to powodowało u mnie wilgotnienie gałek ocznych.
No bo jak tu się nie zirytować, kiedy jestem ponad tydzień po terminie, lekarze na siłę chcą „wykurzyć” małą z ciepłego inkubatora, a ona tradycyjnie mówi „NIE”.
Nie bałam się porodu, bólu, tego, że coś pójdzie nie tak. Przepraszam za wyrażenie, ale chrzanić ból, skoro i tak boli mnie cały czas.
Bałam się, że po tych 30 godzinach bez snu i jedzenia (a jakże bałam się jeść, bo w końcu w każdej chwili mogę urodzić), nie będę miała siły na poród.
Bałam się, że zasnę w połowie akcji porodowej i nawet zrzucenie mnie z łóżka niewiele pomoże.
Kiedy już naprawdę opadałam z sił, a najdłuższy sen trwał całe 4 minuty pomiędzy kolejnymi bólem, który nadal nie był tym właściwym, oznajmiającym, że oto właśnie już, teraz, zaraz, dumnie podeszłam do położnych i … Poprosiłam o cesarkę, bo chcę po prostu pójść spać.
Musiałam je naprawdę wzruszyć, bo kazały mi się spakować, zadzwonić po męża i iść na porodówkę. Spakowałam się, zadzwoniłam, poszłam.
Położna machnęła ręką, twierdząc, że to jeszcze potrwa, że jeszcze niejeden prysznic rozluźniający przede mną, podłączyła mnie do ktg, abym nadal miała pewność, że moja asertywna córka ma się świetnie w moim brzuchu i pobiegła do bardziej potrzebujących.
Robert dotarł do szpitala pełen wiary, że oto właśnie zdążył na czas, aby przeciąć pępowinę.
/Śmiem twierdzić, że nie przeciął jej do dzisiaj, ale to już osobna historia/.
Musiał jeszcze pomęczyć się ze mną, a wizja (sugerowanego przez położną) wspólnego prysznicu, wywołała zbłąkany uśmiech na jego twarzy i słowa „Dla dobra sprawy wszystko”.
Serduszko córci pięknie biło, położna co chwila wpadała przelotem mówiąc, że jak zwykle nic się nie dzieje, więc ona tu zaraz przyjdzie, zawlecze mnie pod prysznic, żebym się relaksowała, to może za parę godzin coś się ruszy.
No i ruszyło się! Nagle. Niespodziewanie. I zszokowało wszystkich. Najbardziej położną, która rzuciwszy fachowym okiem wrzasnęła „O cholera, rozwarcie na 7, a ja kończę dyżur”.
No i masz babo placek. Ja tu rodzę po trzydziestu paru godzinach wypychania córki na świat, a Pani właśnie kończy dyżur, więc nie wiem, czy się wstrzymać, czy może rodzić, a nuż mają tu jeszcze inne dyżurujące położne.
Mieli.
Pani Iwono, dziękuję! Dziękuję za idealne poprowadzenie mnie. Za Pani spokój, który również mi się udzielił. Za brak nacięcia!!!! No i za to, że nie kończyła Pani dyżuru, a dopiero go zaczęła.
Udało się! Córcia była z nami! Już trzymałam ją w ramionach. Całowałam jej włoski, jej śliczny nosek. Czułam bicie jej serduszka.
I pewnie mogłabym tak długo roztkliwiać się nad nią, patrzeć i całować, gdyby nie idealne wyczucie czasu i sytuacji dumnego tatusia – „Wiesz, jak przecinałem tą pępowinę, to tak jakbym przecinał wąż ogrodowy. Bardzo podobne”.
Taaaaak. W tym dniu byłam naocznym świadkiem, jak stres odbiera ludziom rozum ;-)
OSTATNIE PODRYGI
12 marca 2010 | Brak komentarzy »Brzuch miał już imponujące rozmiary.
Córka wierciła się i kopała całkiem mocno.
Ja praktycznie codziennie wybierałam się na porodówkę, będąc przekonana, że jej podskakiwanie to zbliżający się poród.
Tak właśnie reaguje przewrażliwiona pierwiastka, gdy naczyta się dobrych rad na forach internetowych.
Wtedy trzeba po prostu zaszaleć, żeby nie zwariować.
Myślę, że impreza Halloween to coś w sam raz dla kobiety w 9 miesiącu ciąży.
Po pierwsze: wiadomo, że czarne wyszczupla.
Po drugie: czarne i do tego jest narzutą, wyszczupla podwójnie.
Po trzecie: since pod oczami są czymś naturalnym i wręcz oczekiwanym.
Po czwarte: pozycja półleżąca przez połowę imprezy zdecydowanie na nikim nie robi wrażenia, a tym bardziej nie dziwi.
Po piąte: dziwi jednak bawiąca się kobieta w 9 miesiącu ciąży. Dlaczego????
Po szóste: demoniczna muzyka, albo ogłuszyła naszą córkę, albo ewidentnie jej odpowiadała, bo przespała całą imprezę.
Ja jednak zatrzymam się na wątku tzw. „tańczącej ciężarówki”.
Co prawda brzuch odebrał mi dawną wiotkość i gibkość, natomiast bynajmniej nie uważałam, że wyglądam jak szamoczący się wieloryb. A jednak budziłam zdziwienie.
Może przez kopanie córki i brak snu, tak mi się „pomerdało” w głowie, że zamiast bogobojnie siedzieć w domu oczekując na skurcze co 5 minut, postanowiłam po prostu wyjść i się pobawić.
Czy wiedzieliście, że niektóre kobiety, może nawet matki, uważają to za coś ekstrawaganckiego?
Dlaczego? Nie robiłam szpagatów, nie tańczyłam na rurze (a szkoda, w końcu jak szaleć to szaleć), nie piłam „wściekłych psów”, że nie wspomnę o innych napojach wyskokowych.
Dlatego obiecałam sobie, że przy drugiej ciąży, postaram się częściej bywać i tańczyć. W końcu nie od dziś wiadomo, że spokojne bujanie usypia dzieci.
WYJEDZIEMY, POSZALEJEMY
8 marca 2010 | Brak komentarzy »Skoro z naszych małżeńsko-poślubnych planów niewiele wyszło, postanowiliśmy zafundować sobie tzw. OSTANIE WAKACJE WOLNOŚCI.
Pierwszy trymestr minął mi na marudzeniu: „O Boże, jak mi niedobrze” i jednym marzeniu – po prostu zwymiotować i niech już mi przejdzie.
Jednak nasze dziecko od początku do końca wyraźnie zapragnęło zaakcentować swoją obecność i jasno dawało mi do zrozumienia, że oto „lajtowe” czasy się skończyły.
Tak więc wakacje, a tym samym wejście w drugi trymestr miały być moją/naszą nagrodą za trzy miesiące mówienia „O Boże”.
I było.
Bo oprócz minimalnie zaokrąglonego brzuszka zauważalnego chyba tylko dla mnie i łapczywego apetytu na colę, wszystkie przykre dolegliwości związane z ciążą odeszły.
A może nasze dziecko ucieszyła perspektywa wygrzewania się w słońcu i czerpania garściami witaminy D?
A we mnie wstąpiły nadludzkie siły i przekonanie – Jestem w ciąży, mogę wszystko!
Wspinanie się po skałkach? Czemu nie! Jeżdżenie do najbardziej odległych miejsc, drogami, gdzie asfalt jeszcze długo nie zawita? – Toż to dla mnie!
I tak czułam się nad wyraz odpowiedzialna, bo nie miałam ochoty skakać na bungee (w zasadzie nigdy nie miałam na to ochoty), latać, ani wsiąść na „wodnego banana”.
I jest jeszcze jedno, chyba najmilsze wspomnienie tamtych wakacji – nie pamiętam, kiedy ostatni raz tak się śmiałam. Tak, jak wtedy, gdy kucharz w naszym hotelu podał nam talerz z wijącym się nie wiadomo czym, co w smaku przypominało chipsy. Jestem pewna, że każdy przy swoim stoliku zastanawiał się, co to za tradycyjna grecka potrawa, dopóki nie uświadomiłam sobie, co tak naprawdę jedliśmy.
Do dzisiaj jest to moje danie, (którego co prawda, nigdy jeszcze nie zrobiłam) dla niespodziewanych i niemile widzianych gości.
Jedliście kiedyś obierki ziemniaków smażone na głębokim oleju? Zapewniam, że w smaku przypominają całkiem niezłe chipsy.
Nie pamiętam aby wcześniej obierki ziemniaków doprowadziły mnie do tak zaraźliwego śmiechu, że zanim powiedziałam, co mamy na talerzach, polskojęzyczna część grupy kwiliła patrząc na moje radosne wycie.
Tak, pomijając fatalne jedzenie, konieczność wyrzucania papieru toaletowego do kosza, (bo w Grecji w większości są stare kanalizacje) i obrażonego na mnie do końca naszego pobytu kucharza, były to jedne z najradośniejszych wakacji w moim życiu.
I pamiętam kartki z pozdrowieniami jakie wysyłaliśmy do najbliższych i znajomych – już z trzema podpisami.
Pragnę podziękować naszemu kochanemu dziecku, że brzuch dosłownie wywaliło mi dobę po naszym powrocie. Zostałam pełnoprawną (bo widoczną) ciężarówką!
AT.
Z SERII – MATKA NIEKONIECZNIE IDEALNA
8 marca 2010 | Brak komentarzy »JESTEM W CIĄŻY?
Dziecko było planowane. Czas dokładnie wyliczony. My zupełnie wyluzowani, bo w końcu nie tak od razu zachodzi się w ciążę. A jeszcze w moim wieku, gdy po 30-tych urodzinach zostały mgliste wspomnienia, według mojego rozumowania wcale nie miało być łatwo.
Tak więc podczas usilnych starań o dziecko, mieliśmy po bożemu wziąć ślub, wyprawić wielkie wesele, wyjechać w podróż poślubną i najlepiej tam począć dziecko, żeby mieć o czym opowiadać znajomym. Na marginesie – jakby znajomi nie mieli lepszych atrakcji, prawda?
Po takim wstępie chyba łatwo się domyślić, że nie zdążyliśmy z niczym. No może zdążyliśmy cały miesiąc sobie pomarzyć, o tym gdzie się wybierzemy w podróż poślubną i jak tam będzie ciepło.
Nasze dziecko oznajmiło, że już jest z nami w bardzo, i co później stało się nagminne, specyficzny sposób – wypiciem przeze mnie piwa. Dla mnie był to niewątpliwy znak, że coś jest bardzo nie tak, ponieważ piwa nie lubiłam i nikt nie zmusiłby mnie do jego wypicia pod żadną postacią. A wtedy smakowało wybornie i do dzisiaj pamiętam tą nieodpartą pokusę posmakowania go aż do ostatniej kropli.
Pragnę uspokoić wszystkie przerażone mamy – to był mój pierwszy i ostatni wyskok. Od tamtej pory, jeszcze przed pojawieniem się dwóch niebieskich kresek na teście postanowiłam być… w miarę grzeczną, przyszłą matką.
Od początku ciąży odnosiłam wrażenie, że lekarze są nią bardziej przejęci niż ja.
Do czasu jak się okazało.
Ale to początkowe bieganie i oddawanie litrami swojej krwi do badań i sikanie do kubeczków było dla mnie momentami po prostu zbędne. Takie dmuchanie na zimne, żeby mnie przerazić tym, że jestem w ciąży.
Bynajmniej nie wynikało to z mojej ignorancji wszak grzecznie sikałam, krew oddawałam, ale z poczucia, że zaraz zacznę być naprawdę chora, skoro tak często chadzam jak nie do lekarza, to do laboratorium.
Zgadza się, zasłużyłam na niezłe utarcie nosa, co nastąpiło o wiele szybciej niż przypuszczałam. TOKSOPLAZMOZA. Tak krzyczał laboratoryjny wynik.
Po prostu znieruchomiałam. Jak każda chcąca-wszystko-wiedzieć-kobieta, usiadłam przy komputerze i czytałam. Później wydeptywałam kilometry nie wiedząc, co ze sobą zrobić. Jeszcze później, po prostu, zwyczajnie – rozpłakałam się.
I nie byłabym sobą, gdybym na drugi dzień, nie ubrała się i nie pojechała do innego laboratorium zrobić badań.
Po toksoplazmozie nie było śladu. Ot, zanieczyszczenie próbki i błędny wynik laboratorium – tak skwitowano pierwszy wynik.
A jednak dało mi to wiele. Po pierwsze mocne postanowienie, że żadne laboratorium, żaden lekarz nie wzbudzi już we mnie takiej paniki. Po drugie, że pomimo zaufania do medycyny, powinnam ufać również sobie i swoim, czasem subiektywnym odczuciom.
Tak zaczęłam słuchać mojego dziecka.
AT.

































Wózki dziecięce X-lander