O autorce
Kategorie
Archiwum
Bez kategorii
MAMA WALCZĄCA (Z WIATRAKAMI)
18 maja 2010 | Brak komentarzy »I stało się – rocznik mojego dziecka tłumnie ruszył walczyć o miejsca w przedszkolach.
Dosłownie – walczyć.
Najpierw oczekiwanie na odpowiednie formularze i określenie kryteriów naboru.
A przegapić nie wolno, bo jeśli składanie dokumentów odbędzie się na zasadach kolejności zgłoszeń, to stracimy punkty.
Wypełnienie formularzy, w tym oświadczenia, że dziecko zamieszkuje tam gdzie powinno, że odprowadzamy składki do tego Urzędu Skarbowego, który później przekaże część z nich do „naszej” gminy.
Zaświadczenia z pracy.
Stanie w kolejce.
Pierwsze podejście i odchodzimy z kwitkiem. Okazuje się, że na zaświadczeniach brak jest adnotacji w jakich godzinach pracujemy i czy na pewno na pełen etat.
W tym roku kolejność zgłoszeń nie ma wpływu, więc nie musimy w tym samym dniu wracać z odpowiednimi zaświadczeniami z pracy.
Uff. Wszystkie perfekcyjnie przygotowane dokumenty złożone.
Kolejny czas oczekiwania, na wyniki tym razem.
Jestem dobrej myśli. Rodzice Piotrusia (nasi sąsiedzi), zanim rozpoczęła się rekrutacja już wiedzieli, że ich synek dostanie się do przedszkola. A skoro mamy bardzo podobną sytuację rodzinną, to naprawdę mogę być spokojna.
Przegraliśmy ten wyścig. Jesteśmy zbyt sprawni, mamy za mało dzieci, a mój mąż jest zbyt dobrym ojcem, który nie ma ograniczonych praw rodzicielskim, a ja z kolei nie jestem skazana i nie przebywam w więzieniu. Zgodnie z tegorocznymi kryteriami jesteśmy chyba za dobrzy do jakiegokolwiek przedszkola.
Zaczęłam się jednak baczniej przyglądać rodzicom Piotrusia.
Brak widocznej niepełnosprawności. Dziecko nadal jedno i nie widać, aby coś się powiększało. Widuję ich oboje – znaczy, żadne z nich nie zostało aresztowane.
Czym więc różni się moja Paulina od Piotrusia? Wiem, nie jestem obiektywna, w końcu chodzi o moją córkę. Ale czym?????
Przecież wśród dzieci nie ma równych i równiejszych, prawda? Wszystkie dzieci są kochane i mają takie same prawa, prawda?
W końcu po to ustalane są kryteria naboru, aby do przedszkoli w pierwszej kolejności dostały się dzieci tych rodziców, którzy naprawdę mają cięższą sytuację od naszej, prawda?
Nie prawda!
Nie od dziś wszak wiadomo, że my wyprzedziliśmy inne cywilizowane kraje. Tam jeszcze kultywują obowiązkowe wychowanie przedszkolne, nie bacząc na koszty. A my poszliśmy o krok dalej – z przedszkoli zrobiliśmy miejsca dla szczęściarzy.
Miejsca dla wybrańców, niedostępne dla wszystkich.
Mimo wszystko mieliśmy szczęście.
Okazało się, że w sąsiedniej miejscowości w przedszkolu są jeszcze wolne miejsca.
I co z tego, że jest oddalone od nas o 15 km?
I co z tego, że nie ma wypasionego placu zabaw?
I co z tego, że jest czynne do 16:30 i nie wiem jakich cudów dokonamy, żeby dojechać na czas?
Paulina weszła tam ze mną. Wydała okrzyk zachwytu. Przywitała się ze wszystkimi dziećmi.
Zachwyciła się zabawkami. Z trudem udało mi się ją stamtąd wyciągnąć. A później cały dzień mówiła, że chce wrócić do przedszkola.
Dla niej będę więc walczyć nawet z wiatrakami.
Będę codziennie pokonywać dodatkowe 30 kilometrów.
Bo może to moja wina, że nie potrafię walczyć o miejsce dla mojego dziecka.
No bo kogo innego?

Wózki dziecięce X-lander