O autorce
Kategorie
Archiwum
Archiwum Październik 2010
ACH, CO TO BYŁ ZA ŚLUB (część 3)
21 października 2010 | Brak komentarzy »Nie wiem jakim cudem, wszystkie poranne pożary udało się ugasić.
Dziczka obudziła się może nie w doskonałym nastroju, ale w o wiele lepszej formie.
Robert przywiózł cud leki, które łyknęliśmy jak gorące bułeczki.
Sińce pod oczami były w miarę zatuszowane.
Fryzura wyglądała na idealnie ślubną i niewiele mnie obchodziło, że ja takiej wcale nie chciałam.
Problemy towarzysko-rodzinne rozwiązałam biegając z telefonem po ulicy, aby złapać zasięg i uszczęśliwić tych nieszczęśliwych.
Na pół godziny przed ślubem zapanował spokój.
A później…
Nie wiem, czy jest jakaś wręcz metafizyczna prawidłowość, że jak cały czas idzie coś źle, w efekcie wychodzi z tego całkiem dobra rzecz.
Coś, co ewidentnie skazane było na porażkę, porażką się nie okazało. I to było dla nas najmilszym zaskoczeniem.
Później więc, wszystko układało się już idealnie. Aż za idealnie, więc do końca praktycznie oczekiwałam jakiejś największej bomby. Nic z tego.
Dziczka osłabiona, ale powracająca do zdrowia bawiła się świetnie ze swoją opiekunką, dając nam tym samym komfort nie zamartwiania się o nią na każdym kroku.
My naszpikowania lekami i napojami energetycznymi dostaliśmy jakiegoś nadprzyrodzonego powera. Szczęście, że przy tych wszystkich „atrakcjach” nie dostaliśmy małpiego rozumu.
Ślub i wesele udały się lepiej niż się spodziewaliśmy. Naprawdę.
Nasi rodzice okazali się nim zachwyceni. Goście również.
A my?
Może trudno będzie w to uwierzyć, ale my byliśmy najbardziej zadowoleni z tego, że nasza córka wraca do zdrowia. I faktycznie był to dla mnie jeden z najszczęśliwszych dni w życiu. Na pewno z innych powodów, niż innych panien młodych, ale… Tradycji stało się zadość. Zapamiętam ten dzień do końca życia.
A wirus…?
Wirus został wywieziony do Niemiec, do mojej siostry.
Później pojechał do Rzymu, gdzie mój siostrzeniec udał się na obóz sportowy.
Doszły mnie jeszcze słuchy, że pojawił się we Francji, ale tutaj bronię się, że czas inkubacji byłby zbyt długi, żeby przypisać to naszej Dziczce.
ACH, CO TO BYŁ ZA ŚLUB (część 2)
14 października 2010 | Brak komentarzy »Wierzcie mi na słowo, nagłych, przedślubnych problemów do rozwiązania było od groma, tak jakby cały wszechświat mówił nam, że powinniśmy się jeszcze raz zastanowić, czy aby na pewno chcemy się pobrać. A my na przekór wszystkiemu, tym bardziej zawzięliśmy się i pokonawszy chyba wszystkie możliwe przeszkody, szykowaliśmy się do wyjazdu ku przeznaczeniu.
Wirus, który dopadł całą naszą trójkę, wydawał się niegroźny, przynajmniej dla naszej Dziczki. W końcu niejedna panna młoda charczała podczas przysięgi jak traktor i niejeden pan młody zamiast mokrych oczu, ocierał chusteczką mokry nos. Norma!
Ślub tradycyjnie miał się odbyć w sobotę. My wybieraliśmy się na swoje wyjazdowe wesele już w czwartek, aby przezornie dopilnować ostatnich przygotowań.
Dzień przed wyjazdem, wszystko stanęło na głowie. Nasza Dziczka ma objawy klasycznej jelitówki. Po kilku godzinach wszystko ustępuje, a my zaczynamy wierzyć w cuda. No nie ma szans, najgorsze już za nami. Możemy jechać.
W czwartkowy wieczór Pan i Panna Młoda mają klasyczne objawy jelitówki. Jednak jesteśmy optymistami. Wręcz z wdzięcznością przyjmujemy fakt, że lepiej teraz niż później.
Co prawda oboje mamy całą noc nieprzespaną, ale znów odzywa się nasza niepoprawna wiara w lepsze jutro, w tym przypadku w spokojną jutrzejszą noc przed tym wielkim dniem.
Osłabieni, niewyspani profilaktycznie udajemy się jeszcze do miejscowego lekarza, który w ogóle nas uspakaja, że ot taki jednodniowy wirus sobie panuje i w zasadzie wszystko już za nami.
Może za nami tak, ale zmutowany już chyba wirus ponownie dopada Dziczkę. I to o wiele mocniej. Nie martwię się kolejną zarwaną nocką. Nie martwię się jutrzejszym wielkim dniem. Po prostu boję się zasnąć, bo pierwszy raz nasza córa ma takie męczące torsje. Gorączkowo myślę, czy zawieść ją do szpitala teraz, czy jeszcze szpikować ją pozostałościami leków i wierzyć, że się jej poprawi.
Od naszych lekarzy jesteśmy oddaleni o jakieś 120 km. Do najbliższej, zamkniętej zresztą w nocy apteki, też jakieś 10 km. Dno!
Poranek to ciąg dalszy dramatu. Szczęśliwie Dziczka śpi. Robert pojechał do apteki błagać o cud leki na receptę bez recepty, a ja rozwiązuję problemy towarzysko-rodzinne.
Szczerze, mam dość. Mam ochotę zwinąć się w kłębek koło mojej Dziczki i słuchać czy równomiernie oddycha. Mam ochotę kimś potrząsnąć, żeby wszelkie widzimisię ten ktoś zostawił na inne okazje.
Chcę tylko mieć na tyle siły, żeby dojechać do Kościoła, dotrwać do końca mszy, a później niech się dzieje co chce.
Tradycji więc stało się zadość – jest typowa nerwówka przedślubna. Co z tego, że powody są inne. Jak prawie każda Panna Młoda, gdy wszystko się wali i pali, mam tylko jedno marzenie – niech ten dzień już się skończy.
A on dopiero się zaczął i co gorsza, jego końca nie widać.
ACH, CO TO BYŁ ZA ŚLUB (część 1)
7 października 2010 | Brak komentarzy »Dlaczego rodzice 3-letniej córki postanawiają się pobrać?
W świetle prawa są już małżeństwem.
Dla Kościoła już nie.
Może to był powód.
A może fakt, że jednak społeczeństwo w jakim żyjemy jednak utrudnia bezproblemowe funkcjonowanie takich rodzin jak nasza.
A może jednak sami tego chcieliśmy, nie tyle zmęczeni tłumaczeniem (czy może brakiem wytłumaczenia) tego faktu innym, co po prostu tego chcąc.
Myślę, że wszystkie te powody sprawiły, że oto postanowiliśmy wziąć ślub kościelny.
I teraz wiem już, dlaczego tyle osób, posiadających dzieci, a niemający ślubu, ma problemy z podjęciem w ogóle takiej decyzji.
Po pierwsze: CZAS.
Mamy go o wiele mniej od tych par, które nie są obciążone obowiązkami rodzicielskimi.
A jeśli jeszcze ma być to ślub kościelny, rodzinne wesele, to nie ma bata – czasem doba musi mieć 30 godzin.
Po drugie: KOŚCIELNA PROCEDURA.
Nie jesteśmy idealnymi katolikami, ale nie można też o nas powiedzieć, że nie jesteśmy praktykujący i w całości nie szanujemy nauk Kościoła.
Natomiast nauki przedmałżeńskie były dla nas pozbawione sensu. Momentami zabawne. Czasem przerażające. Jak wtedy, gdy młoda kobieta z poradni małżeńskiej twierdziła, że karmienie piersią do szóstego miesiąca życia w 98% chroni kobietę przed ponownym zajściem w ciąże. Nic tylko oprzeć głowę o kościelne ławy i tłuc w nie góra, dół, góra, dół…
Po trzecie: FANTAZJA RODZICÓW
Czyli nasza. Bo kto wpada na pomysł organizowana wesela wyjazdowego mając dziecko, pracę, dom i psa na głowie i nie mając pojęcia, że z tego powodu czas skurczy się jeszcze bardziej?
My, pomimo całej swojej wyuczonej i wrodzonej zapobiegliwości poddaliśmy się naszej szalonej fantazji, że jak już coś robimy, to po swojemu i na całego.
Prawdą jest natomiast, że ci, którzy mają dzieci są, (bo muszą być) lepiej zorganizowani.
Skoro już powiedzieliśmy „a” w pół roku musieliśmy się spiąć i załatwić to wszystko, co niektórym zajmuje dwa lata. Może nawet i więcej z racji jeszcze bardziej zawiłych procedur kościelnych spowodowanych naszą fanaberią wesela wyjazdowego.
Nie będę ukrywać – zapewne zostaliśmy pozbawieni tej magii przygotowań weselnych, jaka towarzyszy innym bardzo młodym parom.
My musieliśmy podejść do tego zadaniowo godząc tradycję z naszym wyobrażeniem tego dnia, uwzględniając przy tym najważniejszą osobę w naszym życiu – dziecko.
Nie mieliśmy czasu na tak popularny stres przedślubny, ani nawet najmniejszej ochoty stresować się dodatkowo czymkolwiek.
Nie mieliśmy czasu denerwować się faktem, czy wszystko wyjdzie idealnie, bo tak naprawdę nie zależało nam na perfekcji, a ogólnym zadowoleniu wszystkich. A że było to tak naprawdę nierealne (to zadowolenie wszystkich), przekonaliśmy się już na początku planowania naszego ślubu. Uwagi i sceptycyzm naszych rodziców, co do miejsca, czasu i przygotowań, pozbyło nas złudzeń – nie będzie łatwo. Tak więc pełen luz.
Bo czy może być gorzej?
Powiem krótko – może i było!





Wózki dziecięce X-lander