O autorce
Kategorie
Archiwum
REFLEKSJA NAD MIJAJĄCYM CZASEM
Z założenia ten wątek ma być refleksyjny. Nie wiem tylko czy mi się uda.
Z perspektywy czasu wszystkie moje obawy, jak karmić, czym karmić, jak przewijać, czy to odbicie, czy chrząknięcie itp., wydają mi się zabawne.
A nie zawsze zabawnie było.
Przez pierwsze tygodnie nie rozumiałam mojej córci. Nie rozumiałam swojego ciała. Nie rozumiałam świata, który mnie otaczał, bo ograniczał się on do jednego – dziecka.
A im bardziej się starałam to wszystko pojąć i ogarnąć, tym bardziej wpadałam w rozpacz, że nie umiem, nie potrafię.
Nie mam cudownej rady dla tych mam, które czują podobnie. Które boją się tego, czego ja się bałam. Pocieszeniem niech będzie to, że w końcu mija i da się to znieść.
Pewnego dnia, budzisz się i odkrywasz, że oto właśnie nabyłaś nową umiejętność – odciąganie pokarmu ręcznym laktatorem, albo wyczuwanie, kiedy dziecko zrobiło kolejną kupkę (nos tu często zawodzi, więc reakcje dziecka się liczą).
Tak, brzmi to strasznie mało macierzyńsko i bardzo nie kobieco.
Pragnę obalić mit wiecznie trwającego cudu macierzyństwa.
Cudem jest dziecko. To, że po tak długim czasie jest w końcu z nami. A wszystko inne jest mało cudowne. Biologia, biologia, biologia.
I podziwiam kobiety, naprawdę podziwiam, które twierdzą, że narodzenie dziecka uniosło je wysoko do góry i teraz sobie bujają w obłokach macierzyńskiej szczęśliwości.
I zazdroszczę im, bo ja bujałam się, ale z dzieckiem do iluś tam specjalistów (nie, że chore, ale że trzeba sprawdzić dla spokoju ducha), do których na terminy był istny wyścig lwic-matek.
Mój luksus polegał na tym, że Paulina rozwijała się praktycznie książkowo. I chylę czoła przed wszystkimi mamami, które ten luksus ominął i które dłużej niż ja musiały kontaktować się z Polską Służbą Zdrowia.
Że wtrącę wątek osobisty – żeby nawet noworodki miały tak utrudniony dostęp do specjalistycznej opieki medycznej, jest skandalem w bądź, co bądź cywilizowanym kraju.
Chociażby więc przez to, bujanie w obłokach przez pierwsze cztery miesiące życia niejednego dziecka, jest dla ich mam czystą fikcją, albo wielkim wyrzutem sumienia, że oto zamiast cieszyć się z cudu narodzin, są zbyt sfrustrowane, aby cieszyć się czymkolwiek.
Uff. Przepraszam, miało być refleksyjnie.
Użyję może metafory – z opieką nad niemowlakiem, jest jak ze zjeżdżaniem z góry na sankach. Po prostu w pewnym momencie jest już „z górki”.
Nawiązuje się ta nić porozumienia między Tobą a dzieckiem. Wraca też nić porozumienia między Tobą a mężem. Ciało znów staje się Twoim ciałem. Wszystko się goi. Wszystko wraca do… no nie do normy, ale do pewnego rodzaju stabilizacji.
I uświadamiasz sobie, że jest dobrze. Że nie trzeba być zawsze matką idealną. Że dziecko może zjeść zupę ze słoiczka i że niekoniecznie musisz własnoręcznie utrzeć marchewkę z uprawy ekologicznej.
Nie zmienia to wszak tego, że od momentu urodzenia, jest ono dla Ciebie najważniejsze i najcudowniejsze.
Pamiętam, jak w szpitalu po urodzeniu Pauliny, leżałyśmy obie na łóżku, a ja patrzyłam na nią chyba trzy godziny zachwycając się jej urodą i każdym detalem na jej malutkiej twarzyczce. I w głowie mi się nie mogło pomieścić, że ja, prawie sama, no dobrze przy znacznym udziale tatusia, wydałam na świat takie cudo.
Pół roku później, oglądając przy jakiejś okazji zdjęcia z jej pierwszych godzin życia, zobaczyłam mała, pomarszczoną istotkę i przez myśl mi przeszło, że przesadą było fascynowanie się jej urodą przez bite 3 godziny, skoro tak naprawdę piękna to ona stała się dopiero teraz.
Jedno wiem na pewno – matczyna miłość jest ślepa. I tak być powinno. Przynajmniej na razie.
22 marca 2010 | Brak komentarzy »







Wózki dziecięce X-lander