O autorce
Kategorie
Archiwum
GODZINA ZERO
W moim przypadku „godzina zero”, nastąpiła po 30 godzinach bezsenności na oddziale patologii ciąży.
Naprawdę nie było tak źle. Bardziej od bólu, nieustającego, irytował mnie fakt, że mojej córki jeszcze z nami nie ma. I myślę, że tylko to powodowało u mnie wilgotnienie gałek ocznych.
No bo jak tu się nie zirytować, kiedy jestem ponad tydzień po terminie, lekarze na siłę chcą „wykurzyć” małą z ciepłego inkubatora, a ona tradycyjnie mówi „NIE”.
Nie bałam się porodu, bólu, tego, że coś pójdzie nie tak. Przepraszam za wyrażenie, ale chrzanić ból, skoro i tak boli mnie cały czas.
Bałam się, że po tych 30 godzinach bez snu i jedzenia (a jakże bałam się jeść, bo w końcu w każdej chwili mogę urodzić), nie będę miała siły na poród.
Bałam się, że zasnę w połowie akcji porodowej i nawet zrzucenie mnie z łóżka niewiele pomoże.
Kiedy już naprawdę opadałam z sił, a najdłuższy sen trwał całe 4 minuty pomiędzy kolejnymi bólem, który nadal nie był tym właściwym, oznajmiającym, że oto właśnie już, teraz, zaraz, dumnie podeszłam do położnych i … Poprosiłam o cesarkę, bo chcę po prostu pójść spać.
Musiałam je naprawdę wzruszyć, bo kazały mi się spakować, zadzwonić po męża i iść na porodówkę. Spakowałam się, zadzwoniłam, poszłam.
Położna machnęła ręką, twierdząc, że to jeszcze potrwa, że jeszcze niejeden prysznic rozluźniający przede mną, podłączyła mnie do ktg, abym nadal miała pewność, że moja asertywna córka ma się świetnie w moim brzuchu i pobiegła do bardziej potrzebujących.
Robert dotarł do szpitala pełen wiary, że oto właśnie zdążył na czas, aby przeciąć pępowinę.
/Śmiem twierdzić, że nie przeciął jej do dzisiaj, ale to już osobna historia/.
Musiał jeszcze pomęczyć się ze mną, a wizja (sugerowanego przez położną) wspólnego prysznicu, wywołała zbłąkany uśmiech na jego twarzy i słowa „Dla dobra sprawy wszystko”.
Serduszko córci pięknie biło, położna co chwila wpadała przelotem mówiąc, że jak zwykle nic się nie dzieje, więc ona tu zaraz przyjdzie, zawlecze mnie pod prysznic, żebym się relaksowała, to może za parę godzin coś się ruszy.
No i ruszyło się! Nagle. Niespodziewanie. I zszokowało wszystkich. Najbardziej położną, która rzuciwszy fachowym okiem wrzasnęła „O cholera, rozwarcie na 7, a ja kończę dyżur”.
No i masz babo placek. Ja tu rodzę po trzydziestu paru godzinach wypychania córki na świat, a Pani właśnie kończy dyżur, więc nie wiem, czy się wstrzymać, czy może rodzić, a nuż mają tu jeszcze inne dyżurujące położne.
Mieli.
Pani Iwono, dziękuję! Dziękuję za idealne poprowadzenie mnie. Za Pani spokój, który również mi się udzielił. Za brak nacięcia!!!! No i za to, że nie kończyła Pani dyżuru, a dopiero go zaczęła.
Udało się! Córcia była z nami! Już trzymałam ją w ramionach. Całowałam jej włoski, jej śliczny nosek. Czułam bicie jej serduszka.
I pewnie mogłabym tak długo roztkliwiać się nad nią, patrzeć i całować, gdyby nie idealne wyczucie czasu i sytuacji dumnego tatusia – „Wiesz, jak przecinałem tą pępowinę, to tak jakbym przecinał wąż ogrodowy. Bardzo podobne”.
Taaaaak. W tym dniu byłam naocznym świadkiem, jak stres odbiera ludziom rozum ;-)
19 marca 2010 | Brak komentarzy »






Wózki dziecięce X-lander