O autorce
Kategorie
Archiwum
ACH, CO TO BYŁ ZA ŚLUB (część 2)
Wierzcie mi na słowo, nagłych, przedślubnych problemów do rozwiązania było od groma, tak jakby cały wszechświat mówił nam, że powinniśmy się jeszcze raz zastanowić, czy aby na pewno chcemy się pobrać. A my na przekór wszystkiemu, tym bardziej zawzięliśmy się i pokonawszy chyba wszystkie możliwe przeszkody, szykowaliśmy się do wyjazdu ku przeznaczeniu.
Wirus, który dopadł całą naszą trójkę, wydawał się niegroźny, przynajmniej dla naszej Dziczki. W końcu niejedna panna młoda charczała podczas przysięgi jak traktor i niejeden pan młody zamiast mokrych oczu, ocierał chusteczką mokry nos. Norma!
Ślub tradycyjnie miał się odbyć w sobotę. My wybieraliśmy się na swoje wyjazdowe wesele już w czwartek, aby przezornie dopilnować ostatnich przygotowań.
Dzień przed wyjazdem, wszystko stanęło na głowie. Nasza Dziczka ma objawy klasycznej jelitówki. Po kilku godzinach wszystko ustępuje, a my zaczynamy wierzyć w cuda. No nie ma szans, najgorsze już za nami. Możemy jechać.
W czwartkowy wieczór Pan i Panna Młoda mają klasyczne objawy jelitówki. Jednak jesteśmy optymistami. Wręcz z wdzięcznością przyjmujemy fakt, że lepiej teraz niż później.
Co prawda oboje mamy całą noc nieprzespaną, ale znów odzywa się nasza niepoprawna wiara w lepsze jutro, w tym przypadku w spokojną jutrzejszą noc przed tym wielkim dniem.
Osłabieni, niewyspani profilaktycznie udajemy się jeszcze do miejscowego lekarza, który w ogóle nas uspakaja, że ot taki jednodniowy wirus sobie panuje i w zasadzie wszystko już za nami.
Może za nami tak, ale zmutowany już chyba wirus ponownie dopada Dziczkę. I to o wiele mocniej. Nie martwię się kolejną zarwaną nocką. Nie martwię się jutrzejszym wielkim dniem. Po prostu boję się zasnąć, bo pierwszy raz nasza córa ma takie męczące torsje. Gorączkowo myślę, czy zawieść ją do szpitala teraz, czy jeszcze szpikować ją pozostałościami leków i wierzyć, że się jej poprawi.
Od naszych lekarzy jesteśmy oddaleni o jakieś 120 km. Do najbliższej, zamkniętej zresztą w nocy apteki, też jakieś 10 km. Dno!
Poranek to ciąg dalszy dramatu. Szczęśliwie Dziczka śpi. Robert pojechał do apteki błagać o cud leki na receptę bez recepty, a ja rozwiązuję problemy towarzysko-rodzinne.
Szczerze, mam dość. Mam ochotę zwinąć się w kłębek koło mojej Dziczki i słuchać czy równomiernie oddycha. Mam ochotę kimś potrząsnąć, żeby wszelkie widzimisię ten ktoś zostawił na inne okazje.
Chcę tylko mieć na tyle siły, żeby dojechać do Kościoła, dotrwać do końca mszy, a później niech się dzieje co chce.
Tradycji więc stało się zadość – jest typowa nerwówka przedślubna. Co z tego, że powody są inne. Jak prawie każda Panna Młoda, gdy wszystko się wali i pali, mam tylko jedno marzenie – niech ten dzień już się skończy.
A on dopiero się zaczął i co gorsza, jego końca nie widać.
14 października 2010 | Brak komentarzy »

Wózki dziecięce X-lander