O autorce
Kategorie
Archiwum
SUPER NIANIU NIE PRZYJEŻDŻAJ!
15 listopada 2010 | Brak komentarzy »No cóż, chyba przyszło mi zapłacić za to, że nie pragnęłam być matką idealną.
Nie czytałam mądrych poradników.
Nie oglądałam mądrych programów. Albo oglądałam je, przyswajając sobie nie te informacje, co powinnam.
Nie słuchałam rad cioć, babć i teściowej.
Nie mówiłam do dziecka po angielsku. Nie wciskałam warzyw i owoców, jak nimi pluła.
Za to bardzo, bardzo chciałam wychować Dziczkę po swojemu. Na tzw. „czuja”. Spontanicznie.
Nigdy nie zarzekałam się, że moje dziecko nie dostanie ode mnie klapsa w pupę, mimo, że jest to dla mnie oznaka bezsilności rodzica.
Nigdy nie twierdziłam, że będę wszystko jej tłumaczyć z anielską cierpliwością.
Zawsze natomiast twierdziłam, że przeproszę ją, kiedy postąpię nie w porządku. Że przyznam się do błędu, kiedy go popełnię. Pokażę jej, że zawsze będę walczyła o nią jak lwica, ale też zapłaczę z bezradności, gdy sytuacja mnie przerośnie. Nie mam co jej oszukiwać – nie jestem Robocopem.
Oczywiście dopuszczam myśl, że w wielu swoich przekonaniach się mylę. Na pewno się mylę.
Bo właśnie przechodzę z naszą Dziczką prawdziwy bunt 3-latka, który to dodatkowo poszedł do przedszkola.
Zaaklimatyzowała się w przedszkolu wyjątkowo dobrze.
Nie było histerii, czepiania się ubrania. Może dlatego, że świadomie trzy miesiące przed tym wielkim dniem przygotowywałam ją do tego. A może po prostu ma taki charakter, że takie zmiany nie wywierają na nią takiego wpływu, jak na inne dzieci.
Mi samej trudno jednoznacznie to stwierdzić.
I o ile w przedszkolu zachowuje się poprawnie, w domu wspólnie przechodzimy przez prawdziwe bitwy.
Zaczyna się ok. 7 rano, gdy musi umyć zęby i ubrać się. Wtedy to zazwyczaj wszystkie jej talenty dają o sobie znać i pilnie musi je rozwijać. Zaczyna więc malować (czasem i siebie), śpiewać, projektować domy z klocków i tańczyć.
Najpierw zaczynam prosić.
Wrzask i histeria.
Przechodzę do opcji drugiej – wyłączam poranne bajki.
Wrzask i histeria.
Opcja numer trzy – stawianie w kącie.
Wrzask i histeria.
Numer cztery – ma iść do swojego pokoju i się uspokoić.
Wrzask i histeria.
Numer pięć – zaczynam po prostu zrzędzić.
Reakcja zgoła inna – pyskowanie i bicie.
Po tym i Dziczka i ja wiemy, że będzie dym – bicie kogokolwiek jest zakazane, więc po chwilowym wybuchu Paulina domaga się szybkiego przytulenia.
Z tego przytulania zrobiła w ogóle jedną wielką manipulację. Ilekroć słyszy od nas „nie” i zaczyna po dziecinnemu okazywać swoje niezadowolenie, ma już świadomość, że jedyne, co może ją uratować przed naszą niepożądaną reakcję, jest przytulenie jej.
I faktycznie, ciężko nam jej odmówić tego gestu pełnej akceptacji.
Kiedy już pogodzone wsiadamy do auta, to jeszcze nie koniec naszej porannej wojenki.
Korki to zmora każdego kierowcy.
Nie jestem wyjątkiem, ale nie dlatego, że irytuje mnie jazda 20km/h. To jeszcze przeżyję i często ze stoickim spokojem.
Natomiast wolna jazda w rytmie wrzasków i spazmatycznego płaczu Dziczki jest momentami ponad moje siły.
Bo oto moja dziewczyna nie życzy sobie stania w korkach, na światłach i nic nie rajcuje jej tak, jak jazda co najmniej przepisową „pięćdziesiątką”. Musi więc ostro protestować, jakby to miało sprawić, że auta rozstąpią się, niczym Morze Czerwone, a my popędzimy z rozwianym włosem.
Nie pomagają tłumaczenia, prośby, nawet mało pedagogiczne straszenie Panem Policjantem (notabene przypuszczam, że jak kiedyś takowy nas zatrzyma, to Dziczka zdolna jest rzucić się na niego z pięściami).
Szanowni Państwo, jeśli w pewien wrześniowy piątek, w godzinach rannych, widzieliście skaczący samochód (gaz, hamulec, gaz, hamulec), z kierowcą o dziwnie wykrzywionej twarzy, który to wrzeszczał na tylnią kanapę swojego auta, to pragnę wyjaśnić – to tylko ja wiozłam swoje dziecko do przedszkola.
I tak oto po 3 latach, pierwszy raz, publicznie straciłam zupełnie panowanie nad sobą.
I tak oto od przeszło miesiąca, w ciszy i spokoju pokonałyśmy dalszą drogę do przedszkola.
Nie przyjeżdżaj jednak do nas Super Nianiu.
Nadal uczę się własnej córki.
Nadal szokują mnie moje i jej reakcje.
Nadal nie jestem matką idealną.
Wciąż mam jednak nadzieję, że kto jak kto, ale matka z córką muszą się w końcu dogadać.
A jak będzie już bardzo źle, obiecuję przeczytać jakiś dobry poradnik.
ACH, CO TO BYŁ ZA ŚLUB (część 3)
21 października 2010 | Brak komentarzy »Nie wiem jakim cudem, wszystkie poranne pożary udało się ugasić.
Dziczka obudziła się może nie w doskonałym nastroju, ale w o wiele lepszej formie.
Robert przywiózł cud leki, które łyknęliśmy jak gorące bułeczki.
Sińce pod oczami były w miarę zatuszowane.
Fryzura wyglądała na idealnie ślubną i niewiele mnie obchodziło, że ja takiej wcale nie chciałam.
Problemy towarzysko-rodzinne rozwiązałam biegając z telefonem po ulicy, aby złapać zasięg i uszczęśliwić tych nieszczęśliwych.
Na pół godziny przed ślubem zapanował spokój.
A później…
Nie wiem, czy jest jakaś wręcz metafizyczna prawidłowość, że jak cały czas idzie coś źle, w efekcie wychodzi z tego całkiem dobra rzecz.
Coś, co ewidentnie skazane było na porażkę, porażką się nie okazało. I to było dla nas najmilszym zaskoczeniem.
Później więc, wszystko układało się już idealnie. Aż za idealnie, więc do końca praktycznie oczekiwałam jakiejś największej bomby. Nic z tego.
Dziczka osłabiona, ale powracająca do zdrowia bawiła się świetnie ze swoją opiekunką, dając nam tym samym komfort nie zamartwiania się o nią na każdym kroku.
My naszpikowania lekami i napojami energetycznymi dostaliśmy jakiegoś nadprzyrodzonego powera. Szczęście, że przy tych wszystkich „atrakcjach” nie dostaliśmy małpiego rozumu.
Ślub i wesele udały się lepiej niż się spodziewaliśmy. Naprawdę.
Nasi rodzice okazali się nim zachwyceni. Goście również.
A my?
Może trudno będzie w to uwierzyć, ale my byliśmy najbardziej zadowoleni z tego, że nasza córka wraca do zdrowia. I faktycznie był to dla mnie jeden z najszczęśliwszych dni w życiu. Na pewno z innych powodów, niż innych panien młodych, ale… Tradycji stało się zadość. Zapamiętam ten dzień do końca życia.
A wirus…?
Wirus został wywieziony do Niemiec, do mojej siostry.
Później pojechał do Rzymu, gdzie mój siostrzeniec udał się na obóz sportowy.
Doszły mnie jeszcze słuchy, że pojawił się we Francji, ale tutaj bronię się, że czas inkubacji byłby zbyt długi, żeby przypisać to naszej Dziczce.
ACH, CO TO BYŁ ZA ŚLUB (część 2)
14 października 2010 | Brak komentarzy »Wierzcie mi na słowo, nagłych, przedślubnych problemów do rozwiązania było od groma, tak jakby cały wszechświat mówił nam, że powinniśmy się jeszcze raz zastanowić, czy aby na pewno chcemy się pobrać. A my na przekór wszystkiemu, tym bardziej zawzięliśmy się i pokonawszy chyba wszystkie możliwe przeszkody, szykowaliśmy się do wyjazdu ku przeznaczeniu.
Wirus, który dopadł całą naszą trójkę, wydawał się niegroźny, przynajmniej dla naszej Dziczki. W końcu niejedna panna młoda charczała podczas przysięgi jak traktor i niejeden pan młody zamiast mokrych oczu, ocierał chusteczką mokry nos. Norma!
Ślub tradycyjnie miał się odbyć w sobotę. My wybieraliśmy się na swoje wyjazdowe wesele już w czwartek, aby przezornie dopilnować ostatnich przygotowań.
Dzień przed wyjazdem, wszystko stanęło na głowie. Nasza Dziczka ma objawy klasycznej jelitówki. Po kilku godzinach wszystko ustępuje, a my zaczynamy wierzyć w cuda. No nie ma szans, najgorsze już za nami. Możemy jechać.
W czwartkowy wieczór Pan i Panna Młoda mają klasyczne objawy jelitówki. Jednak jesteśmy optymistami. Wręcz z wdzięcznością przyjmujemy fakt, że lepiej teraz niż później.
Co prawda oboje mamy całą noc nieprzespaną, ale znów odzywa się nasza niepoprawna wiara w lepsze jutro, w tym przypadku w spokojną jutrzejszą noc przed tym wielkim dniem.
Osłabieni, niewyspani profilaktycznie udajemy się jeszcze do miejscowego lekarza, który w ogóle nas uspakaja, że ot taki jednodniowy wirus sobie panuje i w zasadzie wszystko już za nami.
Może za nami tak, ale zmutowany już chyba wirus ponownie dopada Dziczkę. I to o wiele mocniej. Nie martwię się kolejną zarwaną nocką. Nie martwię się jutrzejszym wielkim dniem. Po prostu boję się zasnąć, bo pierwszy raz nasza córa ma takie męczące torsje. Gorączkowo myślę, czy zawieść ją do szpitala teraz, czy jeszcze szpikować ją pozostałościami leków i wierzyć, że się jej poprawi.
Od naszych lekarzy jesteśmy oddaleni o jakieś 120 km. Do najbliższej, zamkniętej zresztą w nocy apteki, też jakieś 10 km. Dno!
Poranek to ciąg dalszy dramatu. Szczęśliwie Dziczka śpi. Robert pojechał do apteki błagać o cud leki na receptę bez recepty, a ja rozwiązuję problemy towarzysko-rodzinne.
Szczerze, mam dość. Mam ochotę zwinąć się w kłębek koło mojej Dziczki i słuchać czy równomiernie oddycha. Mam ochotę kimś potrząsnąć, żeby wszelkie widzimisię ten ktoś zostawił na inne okazje.
Chcę tylko mieć na tyle siły, żeby dojechać do Kościoła, dotrwać do końca mszy, a później niech się dzieje co chce.
Tradycji więc stało się zadość – jest typowa nerwówka przedślubna. Co z tego, że powody są inne. Jak prawie każda Panna Młoda, gdy wszystko się wali i pali, mam tylko jedno marzenie – niech ten dzień już się skończy.
A on dopiero się zaczął i co gorsza, jego końca nie widać.
ACH, CO TO BYŁ ZA ŚLUB (część 1)
7 października 2010 | Brak komentarzy »Dlaczego rodzice 3-letniej córki postanawiają się pobrać?
W świetle prawa są już małżeństwem.
Dla Kościoła już nie.
Może to był powód.
A może fakt, że jednak społeczeństwo w jakim żyjemy jednak utrudnia bezproblemowe funkcjonowanie takich rodzin jak nasza.
A może jednak sami tego chcieliśmy, nie tyle zmęczeni tłumaczeniem (czy może brakiem wytłumaczenia) tego faktu innym, co po prostu tego chcąc.
Myślę, że wszystkie te powody sprawiły, że oto postanowiliśmy wziąć ślub kościelny.
I teraz wiem już, dlaczego tyle osób, posiadających dzieci, a niemający ślubu, ma problemy z podjęciem w ogóle takiej decyzji.
Po pierwsze: CZAS.
Mamy go o wiele mniej od tych par, które nie są obciążone obowiązkami rodzicielskimi.
A jeśli jeszcze ma być to ślub kościelny, rodzinne wesele, to nie ma bata – czasem doba musi mieć 30 godzin.
Po drugie: KOŚCIELNA PROCEDURA.
Nie jesteśmy idealnymi katolikami, ale nie można też o nas powiedzieć, że nie jesteśmy praktykujący i w całości nie szanujemy nauk Kościoła.
Natomiast nauki przedmałżeńskie były dla nas pozbawione sensu. Momentami zabawne. Czasem przerażające. Jak wtedy, gdy młoda kobieta z poradni małżeńskiej twierdziła, że karmienie piersią do szóstego miesiąca życia w 98% chroni kobietę przed ponownym zajściem w ciąże. Nic tylko oprzeć głowę o kościelne ławy i tłuc w nie góra, dół, góra, dół…
Po trzecie: FANTAZJA RODZICÓW
Czyli nasza. Bo kto wpada na pomysł organizowana wesela wyjazdowego mając dziecko, pracę, dom i psa na głowie i nie mając pojęcia, że z tego powodu czas skurczy się jeszcze bardziej?
My, pomimo całej swojej wyuczonej i wrodzonej zapobiegliwości poddaliśmy się naszej szalonej fantazji, że jak już coś robimy, to po swojemu i na całego.
Prawdą jest natomiast, że ci, którzy mają dzieci są, (bo muszą być) lepiej zorganizowani.
Skoro już powiedzieliśmy „a” w pół roku musieliśmy się spiąć i załatwić to wszystko, co niektórym zajmuje dwa lata. Może nawet i więcej z racji jeszcze bardziej zawiłych procedur kościelnych spowodowanych naszą fanaberią wesela wyjazdowego.
Nie będę ukrywać – zapewne zostaliśmy pozbawieni tej magii przygotowań weselnych, jaka towarzyszy innym bardzo młodym parom.
My musieliśmy podejść do tego zadaniowo godząc tradycję z naszym wyobrażeniem tego dnia, uwzględniając przy tym najważniejszą osobę w naszym życiu – dziecko.
Nie mieliśmy czasu na tak popularny stres przedślubny, ani nawet najmniejszej ochoty stresować się dodatkowo czymkolwiek.
Nie mieliśmy czasu denerwować się faktem, czy wszystko wyjdzie idealnie, bo tak naprawdę nie zależało nam na perfekcji, a ogólnym zadowoleniu wszystkich. A że było to tak naprawdę nierealne (to zadowolenie wszystkich), przekonaliśmy się już na początku planowania naszego ślubu. Uwagi i sceptycyzm naszych rodziców, co do miejsca, czasu i przygotowań, pozbyło nas złudzeń – nie będzie łatwo. Tak więc pełen luz.
Bo czy może być gorzej?
Powiem krótko – może i było!
A JEDNAK IDEAŁ
7 września 2010 | Brak komentarzy »Pamiętam, że będąc dzieckiem czas biegł dla mnie zupełnie inaczej. Właściwie czas wtedy nie biegł, tylko stał w miejscu i latami musiałam czekać, aż będę duża, będę mogła zjeść litr lodów naraz i nie słuchać się mamy.
Gdy w końcu stałam się już duża, czas jakby odrobinę ruszył. Ledwo zauważalnie. Ot, na tyle, żebym dostrzegła zmiany, jakie zaszły wokół mnie, ale nie była nimi zaskoczona.
Odkąd zostałam Mamą – czas zaczął galopować.
Zaczął mnie nawet wyprzedzać, albo ja nie mogłam za nim nadążyć.
Jeszcze niedawno Paulina nieporadnie stawiała swoje pierwsze kroki, a dzisiaj za punkt honoru stawia sobie zeskoczenie z parapetu.
Jeszcze parę miesięcy temu nasza komunikacja ograniczała się do paru słów „daj”, „pić”, „am, am”, dzisiaj moja córcia stanowczym tonem potrafi powiedzieć: „Mamo, przestań mówić, głowa boli” (ciekawe skąd się tego nauczyła?)
Nie umknęła mi ani jedna chwila z życia „mojej Dziczki”, a jednak ciągle się dziwię, kiedy ona tak urosła? Kiedy ona się tego nauczyła?
Nagle zaczęłam zauważać swoje pierwsze zmarszczki. Siwe włosy na głowie męża (ja farbuję, więc jestem szczęśliwie nie siwiejąca) . Kiedy dojrzeliśmy za bardzo? Na tyle za bardzo, żeby stało się to widoczne dla nas samych?
I pojawia się pytanie, jacy będziemy za 10-15 lat?
Niby ciągle dużo w nas młodości i spontaniczności, a jednak jesteśmy już 100% rodzicami. Z zasadami, nakazami, zakazami, które jeszcze nie tak dawno nas samych irytowały.
Nasze dziecko dorasta, a my codziennie jesteśmy tym zaskoczeni, zadowoleni, ale chyba też przerażeni. Mam wrażenie, że z czasem ta cała odpowiedzialność za dziecko staje się jeszcze większa.
Już nie mogę bezkarnie krzyknąć „cholera jasna”, gdy jednym zamaszystym ruchem wylewam niechcący całe mleko na podłogę. Nie mogę nawet ekscytować się jakimś wydarzeniem, bo mówię wtedy podniesionym głosem i Dzika zazwyczaj pyta „Mamo, dlaczego krzyczysz?”. Nie mogę nawet ugotować kiepskiego obiadu, bo zostanę zbesztana, że „obiad tak nie smakuje”.
Widzę, że teraz nastał czas oceniania Rodziców, wnikliwego obserwowania i o zgrozo wyłapywania u nas tego, co sami jej zakazujemy. Uważajcie Rodzice – Wielki Brat, czy raczej Wielkie Dziecko patrzy!
I do tego słucha. Nie, nie to że specjalnie (ten etap dopiero nastąpi). Dziczka zastawia na nas pułapki. Ponieważ przez długi czas mogliśmy bezkarnie mówić przy niej o wszystkim (w końcu, o rodzicielska naiwności, dziecko nie wszystko rozumie), weszło nam to trochę w krew, gdy pewnego dnia podczas dyskusji o jakimś wydarzeniu, osobach, nasze dziecko zamilkło, spuściło głowę i chłonęło strzygąc uszami. A przecież Dziczka nigdy nie milczała (no chyba, że spała). Nasze dziecko irytowało się, gdy mówiło, a my nie zwracaliśmy na nie uwagi. A teraz, podczas naszych rozmów staje się cicha, prawie niewidzialna i rejestruje, zapamiętuje i zapewne analizuje wszystko co usłyszy. No więc przestaliśmy już przy niej rozmawiać na tematy nie dla jej uszu. Przestaliśmy oglądać filmy i reportaże nie dla jej oczu.
Cholera, ja naprawdę nigdy nie chciałam być matką idealną.
Ja chwilowo muszę nią być!
DZICZKA
7 sierpnia 2010 | Brak komentarzy »Tak nazywam naszą córkę.
Bo ma coś z nieokiełznanej małej dzikuski.
I naprawdę, uwielbiam to w niej.
Taką dziecinną naturalność.
Spontaniczność.
I naiwność.
Nasza Dziczka, nie jest spokojnym dzieckiem, ale dlaczegóż miałaby być, mając mało spokojnych rodziców?
No dobrze, mało spokojną Mamę.
Wiem, że pewnego dnia Paulina zmieni się. Przestanie być cudnie naturalnym dzieckiem, małą dziczką, a zacznie się przystosowywać do tego, czego oczekuje od niej otoczenie. Czego oczekiwać będziemy my.
I już żałuję tej utraty, a jednak jej żywiołowość i przeświadczenie, że w życiu nie obowiązują jej żadne zasady, na dłuższą metę przestaną być rozkoszne, a zaczną być irytujące.
Tak, jak na ostatnim przedstawieniu, na którym byłyśmy.
Na początku jej chęć wyrwania się na scenę była zabawna.
Jej dialogi z kukiełkami były rozbrajające.
Gra aktorów – lalkarzy – imponująca, bo bez problemu przystali na improwizowany dialog z naszą córcią.
Jednak już na początku zdałam sobie sprawę, że spośród wszystkich dzieci (a była to spora grupa), tylko moja Dziczka zwracała na siebie uwagę. Tylko ona śmiała się najgłośniej. Tylko ona chciała dotknąć każdej lalki. Tylko ona głośno zachwycała się każdą nową postacią. Tylko ona tańczyła razem z aktorami.
A ja szczerze mówiąc chłonęłam tą jej naturalność i byłam z niej dumna.
Jak zaślepiona matka, która nie widzi wad swojego dziecka.
A jednak zwyciężyło we mnie poczucie odpowiedzialności i zapewne krytyczne spojrzenia innych rodziców. No cóż, mieli rację – Dziczka po prostu przeszkadzała.
Od tamtego przedstawienia, zaczęłam celowo bywać z Pauliną w różnych miejscach, w których należało okiełznać jej temperament i tym samym uczyłam jej „innej naturalności”. Może nie jestem Mamą, która szczególnie zwraca uwagę na opinię otoczenia, ale na pewno jestem Mamą, którą irytują nadto rozbrykane jak na swój wiek dzieci.
Żałuję, że Paulina podobnie jak ja, my, przejmie ustalone z góry reguły i o zgrozo, czasem na siłę, będzie musiała się im podporządkować. Myślę jednak, że dzięki temu będzie jej łatwiej w przyszłości.
Oby nie przegiąć w drugą stronę. W końcu odrobina dzikości bywa wskazana ;-)
Matka furiatka cz.1
7 lipca 2010 | Brak komentarzy »Bardzo rzadko, coś mnie naprawdę wkurza. Tak bardzo, że trzyma tygodniami, miesiącami, a czasami nie puszcza w ogóle.
Najczęściej jest to bezdenna głupota innych ludzi, na którą, mimo ogromnej chęci nie mam wpływu.
Oczywiście, że nie jestem najmądrzejsza (a może jestem, ale nikt tego nie udowodnił) i generalnie żadna ze mnie Kobieta, Mama z serii „naj”.
Pewnie gdybym była osobą typu „naj, naj”, nie miałabym morderczych zapędów w stosunku do niektórych Rodziców myślących inaczej.
A tacy bywają.
A ja nic, albo prawie nic nie mogę z tym zrobić. Aczkolwiek, kim jestem, żeby uzurpować sobie prawo do zmiany kogokolwiek? Może gdybym wygrała „Taniec z Gwiazdami”, napisała bestseller i zasiadała w Senacie, miałabym chociaż minimalny wpływ na jednego bądź drugiego.
Jak to jest, że na wszystko potrzebujemy papierka, którego otrzymanie poprzedzone jest zdaniem mniej lub bardziej trudnego egzaminu, a na zostanie Rodzicem potrzebny jest tylko zdrowy plemnik i rozwinięte jajeczko?
I jak to jest, że Rodzice wszem i wobec deklarują wielką miłość i oddanie dla swojego dziecka, a potrafią świadomie (a może jednak nieświadomie????) robić mu krzywdę?
Nie, nie mówię tu o rodzinach patologicznych, w których na pierwszym miejscu jest alkohol i/lub narkotyki, później zdobycie pieniędzy na rzeczone, a dopiero później dziecko.
Mówię o tych Rodzicach, którzy traktowani są przez większość społeczeństwa, jako ci „normalni”. Tylko, czy normalni ludzie wsadzają niemowlę do auta w nosidełku, nie przypinając go (znaczy nosidełka) do pasów bezpieczeństwa? Czy racjonalnie myślący ludzie, wciskają 3-latka do samochodu i w ramach ochrony, przypinają go samochodowymi pasami bezpieczeństwa bez użycia fotelika samochodowego, bo „synek strasznie krzyczy i jest mu niewygodnie”.
Znam przypadek Mamy, która ma dwie urocze córeczki. Młodsza ma lat 2,5 (czyli wiek mojej dziczki), starsza 5. Obie jeżdżą bez fotelików. Co gorsza, obie jeżdżą bez zapiętych pasów, „bo skrępowane pasami wrzeszczą w niebogłosy”. Obie podczas jazdy samochodem skaczą na tylnym siedzeniu auta. Jednakowoż Mama, twierdzi, że jeździ bezpiecznie, pewnie i ma niesamowity refleks i do tej pory jeszcze nic nikomu się nie stało. Alleluja. I zapewne Mama ta wie, że we wszystkich mijających ją autach siedzą wytrawni kierowcy w stylu „mistrz kierownicy”, o idealnym wyczuciu prędkości, odległości, z refleksem błyskawicy.
No i teraz mam dylemat. Wiem, że kocha te dzieci. Oczywiście, nie jest Mamą Idealną, może i mam do niej parę innych zastrzeżeń, ale stara się, troszczy, przytula. Tylko wsiadając z nimi do auta, staje się wyrodną matką, która świadomie, (no mówcie, co chcecie, ale rozumna kobieta, wie co może grozić dzieciom, nawet przy głupiej stłuczce), naraża swoje dzieci na śmierć, kalectwo, cierpienie.
No i przecież nie napiszę skargi do… Do kogo??? Telefon na Policję, spowoduje tylko tyle, że zapłaci mandat i dostanie punkty karne. A ja będę czuła się parszywie, bo zakablowałam i co z tego, że w dobrej wierze. No przecież nie pójdę do opieki społecznej, czy do Prokuratury (wszak dla mnie to bezpośrednie narażenie zdrowia i życia), bo te instytucje zabiją mnie śmiechem i jeszcze usłyszę o małej szkodliwości czynu. A poza tym, znowu będę tą dziwną pieniaczką, co to z nudów ściga biednych rodziców, którzy jeżdżą z dziećmi bez fotelików.
Wszak to jakaś zapewne moja fanaberia, żeby wozić dziecko w jakiś kosmicznych uprzężach, za ciężkie pieniądze, bo my jakoś jeździliśmy z naszymi rodzicami i przecież nic nam się nie stało. A ja sądzę, że tak myślący ludzie, musieli mieć jednak jakiś poważny wypadek w dzieciństwie i ta część mózgu odpowiedzialna za wyobraźnię, poczucie odpowiedzialności, czy świadomość pewnych następstw, została bezpowrotnie uszkodzona.
Może faktycznie powinnam zwracać uwagę takim Rodzicom i narażać się na niewyszukane epitety pod moim adresem.
Może powinnam prosić, apelować i ostrzegać.
I co z tego, że akurat ja wyjdę na pieniaczkę, skoro przyświeca mi misja uratowania chociaż jednego dziecka przed kalectwem, czy śmiercią.
Tylko wiecie, co? Mogę sobie pisać o misji. Mogę przekonywać, że robiłabym to z troski o dziecko tegoż Rodzica. Ale w zasadzie po co??? No szczerze. Przecież żaden Rodzic, nie posłucha kogoś takiego, jak ja. Bo kimże ja jestem? Przecież nie zmienię mentalności, świadomości takiego Rodzica. Nie zbiję jego argumentów, że to Jego dziecko i mam się nie wtrącać.
Mogę tylko w ramach profilaktyki (ale jakże przez wielu przeinaczonej na tzw. „pieniactwo”, czy „denuncjację”), dzwonić na Policję, ilekroć zauważę dziecko nieodpowiednio zabezpieczone w samochodzie. Może strach przed punktami karnymi, mandatem, zmobilizuje takiego Rodzica, do zakupu fotelika samochodowego. Może wtedy włączy mu się myślenie. Może… Ale dobre i to, prawda?
Teoretycznie, powinnam teraz wstawić zdjęcia mojej roześmianej dzikiej, która jako dziecko totalnie niepokorne, pokornie siedzi w foteliku samochodowym.
Tylko, że nie chodzi o to, żeby się chwalić, jaką odpowiedzialną i świadomą Mamą jestem ja.
Chodzi o to, żeby wiedzieć, dlaczego trzeba, dlaczego warto starać się zrobić wszystko, aby zapewnić naszemu dziecku bezpieczne i szczęśliwe dzieciństwo.
Osobiście wolałabym nie widzieć filmu pewnej kampanii społecznej.
Ale dedykuję go tym Rodzicom, którzy nadal uważają, że propaganda na rzecz fotelików samochodowych, to wymysł producentów tychże, bądź pieniactwo takich furiatek jak ja.
Na pewno film dla widzów o mocnych nerwach. Na pewno wszystkim zostanie na długo w pamięci.
Dla wszystkich Rodziców bez wyobraźni:
ZACZĘŁAM WYCHOWYWAĆ
2 czerwca 2010 | Brak komentarzy »Od pewnego czasu moja dziczka zaczyna pojmować znaczenie słowa “kara”.
Przestałam truć po 20 minut, że ma się ubrać, zjeść, zrobić siku, posmarować twarz kremem.
Po prostu, gdy po 5 minutach mojego ględzenia, nadal ma słuch wybiórczy, to ma nakaz pójścia do swojego pokoju. Taaaa, pełno zabawek, parapet, z którego można skakać, półki, po których można się wspinać – kara rewelacja.
No ale siedzi tam, dopóki nie stwierdzi, że warto się ubrać, posmarować, wysikać itp.
Problem polega na tym, że dziczka jest cwaną bestią (no, bestyjką póki co).
Tak cwaną, że ciężko mi czasem powstrzymać śmiech, a tu trzeba być poważną i konsekwentną.
Nie dość, że zaczęła mnie naśladować, jak jej tak truję (nieciekawą muszę mieć minę, patrząc na jej), to jeszcze na dzisiejsze “Marsz do swojego pokoju”, ruszyła defiladowym krokiem, rasowego wojskowego. Przy czym jeszcze sobie podśpiewywała, na szczęście nie hymn, bo tego nie zna.
Za karę więc siedzi w swoim pokoju, rozczłonkowując lalkę a’la barbie i próbując założyć sobie jej szpilki.
Taaaak, ta słodka niegdyś dziewczynka, w wieku dwóch lat i dwóch miesięcy jest bardziej uparta od matki i ojca razem wziętych.
Co gorsza nie wiem czy rozczłonkowywanie lalki barbie to oznaka zamiłowań medycznych, czy sadystycznych. Drżę ;-)))
WSPÓŁKĄPIELOWICZE
2 czerwca 2010 | Brak komentarzy »Pewnego dnia dziczka, która uwielbia kąpiele i wodę, postanowiła zastrajkować i za nic nie można jej było zaciągnąć do łazienki. Rodzice, wyedukowani książkowo i telewizyjnie, jak to trzeba być kreatywnym w stosunku do dziecka, w pewnym momencie bezradnie rozłożyli ręce. Zabawki-nie, bąbelki-nie, zachlapywanie łazienki-nie. Zdesperowana wyszłam na taras, bo dziczka na jeszcze jeden (momentami uciążliwy) nawyk – MUSI BYĆ CODZIENNIE WYKĄPANA, bo inaczej mamy przechlapane do północy-spania nie będzie. Doprawdy zastanawiam się po kim ona taki czyścioch, bo ja z wiekiem robię się coraz bardziej leniwa i czasami padam na pysk, tak jak stoję.
Ale wracając do mojej tarasowej desperacji… Deszcz siąpił, ja prawie również, bo perspektywa spokojnego wieczoru coraz dalej, ślimaki pooblepiały się jak durne po całym tarasie i… OLŚNIENIE! Dziczka kocha ślimaki! Po każdym deszczu zbiera i przynosi mi je garściami (bleee). Biorę więc ślimaka idę do dziczki i pytam się, czy jak ślimaczek się z nią wykąpie, to ona też. A i owszem, wykąpie się. Pełne odprężenie, dziczka radośnie pluska się ze swoim towarzyszem. Wieczór uratowany. Ślimak spłynął do kanalizacji.
Nazajutrz sytuacja się powtarza. Dziczka kąpię się ze ślimakiem. Kolejny wieczór i dziczka mówi “imak”. Leje od paru dni, pełno ich wokoło. A proszę bardzo, mówisz i masz. Nawet nie wiem kiedy, do grona “współkompielowiczów” dołącza pająk. No nic, to też przeżyję. Widać dziewczyna lubi nietypowe zwierzątka.
Niestety zawsze ślimaki spływały wraz z końcem kąpieli i uwierzcie – szukanie ślimaków przy upalnej pogodzie jest cholernie żmudnym i pracochłonnym zajęciem.
Na pewien czas wypisałam się z kąpieli dziczki, oddając ślimaka i pająka wraz z nią samą tatusiowi z sugestią, żeby zaczął pertraktować z dziczką, co do konieczności kąpieli ze ślimakiem. Z pająkiem sama się rozprawię.
No i jest dzisiaj. Tatuś wyrwał się do pracy, więc drepczę z dziczką do łazienki, pewna, że dawno już zapomniała o ślimakowych kąpielach. O pająkach to na pewno, bo przy pierwszych porządkach spłynął do kanalizacji.
Wsadzam ją do brodzika, a ta prawie mi się po szybie od prysznica wspina. Patrzę do góry, a na samej górze szyby siedzą dwa, wielkie ślimaki.
Wiecie co? W zimie to niech ojciec sam biega po ogródku i tych ślimaków szuka!Ja nie będę!O!
P.S. Nauczył dziczkę, żeby nie spuszczać ślimaków do kanalizacji, bo na jutro nie będzie. Cwaniaczek!
PANIE BOŻE, CHCIAŁABYM PODZIĘKOWAĆ…
2 czerwca 2010 | Brak komentarzy »…. za te cuda techniki, które bez Twojej boskiej ingerencji człowiek by nie wymyślił. A mianowicie:
1. Dziękuję za zmywarkę. Co prawda tabletki do zmywarki są strasznie drogie, a te tańsze, jednak nie domywają naczyń, tak jak powinny, ale jest to luksus, na który chcę sobie pozwalać z troski o moje nie młode już w końcu dłonie.
2. Dziękuję za piekarnik, szkoda tylko, że strasznie ciężko się go czyści, szczególnie te stelaże, ale może to dlatego, że zdecydowanie nie pasują kształtem do mojego okrągłego zlewozmywaka.
3. Dziękuję za pralkę, bo bez niej musiałabym z tarą na ogród wychodzić, poza tym mniemam, że bielizna od tego szorowania niszczyłaby się szybciej niż obecnie. Co prawda, części w tej pralce sprawiają, że jest ona gabarytowo duża i psuje mi trochę koncepcję ustawienia w mojej małej łazience.
4. Dziękuję za pampersy, mimo, że nieekologiczne, jednak dla matek nie-idealnych, jak ja, są idealne. Szkoda tylko, że w paczce jest ich tak niewiele, co przy np. biegunce u dziecka zdecydowanie się nie kalkuluje.
5. Dziękuję za termomix. Co prawda nie mam tego cuda, natomiast miło jest marzyć, że kiedyś może mi się poszczęści i dwudaniowy obiad zrobię w ciągu pół godziny.
A skoro już jestem w temacie…
Proszę, czy mógłbyś jakoś udoskonalić moje dziecko i sprawić, żeby:
1. Kredki pisały tylko po kartce, a nie po podłodze i ścianach
2. Moja torebka zamykała się na dotyk dziecięcych rączek
3. Godzina 22:00, kiedy to zasypia dziczka, była godziną 20:00, a godzina 7:00, kiedy to budzi się dziczka, była 9:00
A skoro pozwoliłam sobie na tak wiele, to proszę udoskonal również mojego męża. Co prawda wszyscy uważają, że jest doskonały, więc proszę spraw jedynie, żeby był tak doskonały, jak myślą o nim wszyscy.
Taaaak, a co do mnie, to naprawdę, nie proszę o wiele. Spraw jedynie proszę, abym była o 10 lat młodsza i o 10 lat mądrzejsza.
Dziękuję


















Wózki dziecięce X-lander